Autor: Marcin Śpiewakowski

2016-08-12, Aktualizacja: 2016-08-12 12:20

OWF, Open'er czy OFF? Oceniamy tegoroczne festiwale

Orange Warsaw Festival, który o mały włos by się nie odbył i na którym wielu postawiło już krzyżyk. Rekordowy pod względem frekwencji Open’er i OFF, na którym mało co się udało, a z którego prawie wszyscy wrócili zadowoleni. Oto moje refleksje po największych komercyjnych festiwalach sezonu.

Pierwszą niespodzianką tegorocznego sezonu było to, że Orange Warsaw Festival w ogóle się odbył. Największa warszawska impreza muzyczna nie miała w ostatnich latach szczęścia. W 2014 r. festiwal, pomimo bardzo dobrego line-upu (zagrali m.in. Queens of the Stone Age, Kings of Leon i Snoop Dogg), rozczarował lokalizacją. Już dwa lata temu nikt nie miał wątpliwości, że Stadion Narodowy nie jest areną przystosowaną do koncertów, zwłaszcza przy zamkniętym dachu. Na brzmienie narzekali nie tylko uczestnicy, ale i mieszkańcy okolicznych osiedli.



Rok później festiwal przeniesiono na tor wyścigów konnych na Służewiec, a tam dla odmiany nie dopisały pogoda i frekwencja. Wejściówek sprzedało się na tyle mało, że – ku ogromnemu oburzeniu fanów – kilka dni przed festiwalem organizatorzy oferowali karnety w prawie trzykrotnie (!) niższej cenie niż w przedsprzedaży. Po ogromnym terenie kręciły się grupki festiwalowiczów, a całość sprawiała raczej smutne wrażenie, choć muzycznie nie można było wiele OWF-owi zarzucić. Po tamtej edycji organizator ogłosił upadłość, a ostatnią próbę uratowania marki podjął Alter Art, organizator Open’era. Zresztą z całkiem dobrym skutkiem.

Problematyczni raperzy i podwójny koncert Islam Chipsy


Największym utrapieniem tegorocznych festiwali byli raperzy. SchoolBoy Q przyleciał na Orange Warsaw Festival bez swojego DJ-a, a z człowiekiem – jeśli wierzyć żartom rapera – zgarniętym z ulicy. Powiedzieć, że zrekrutowany naprędce zastępca sobie nie poradził, to nie powiedzieć nic: obaj wykonawcy zdecydowanie nie dogadywali się ze sobą, a występ SchoolBoya był niewątpliwie najsłabszym koncertem całej imprezy. Open’er w Gdyni również nie ustrzegł się problemów z raperami: Mac Miller na tydzień przed festiwalem odwołał swój występ, zasłaniając się względami zdrowotnymi. Zastąpił go Skepta.

To wszystko jednak nic, bo prawdziwą gangsterską telenowelę mogli śledzić na żywo ci, którzy wybrali się w tym roku do Katowic na OFF-a. Na kilka dni przed imprezą swój występ odwołał GZA, jeden z członków legendarnego już Wu-Tang Klanu. „Pierwszy raz w 11-letniej historii festiwalu zdarzyło mi się, że człowiek reprezentujący artystę kompletnie odpuścił sprawę (…) Wierzę jednak, że Wiley godnie zastąpi GZA i będziecie się dobrze bawić” – napisał Artur Rojek, szef festiwalu. Miał rację tylko połowicznie, bo zakontraktowany w ostatniej chwili na zastępstwo Wiley… nie przyleciał. Doszło więc do sytuacji chyba bez precedensu w historii festiwali muzycznych: egipska grupa Islam Chipsy, powszechnie uważana zresztą za największe odkrycie tej edycji, zagrała drugi koncert tego samego dnia, by zapełnić lukę w programie.

© Piotr Hukało


Katowicki OFF w ogóle nie miał w tym roku szczęścia do artystów, bo nie wystąpiło na nim aż pięciu zapowiadanych wcześniej wykonawców. Oprócz GZA i Wiley'a swoje koncerty odwołał też Zomby i dwaj headlinerzy: The Kills i Anohni. Paradoksalnie jednak ten wyjątkowy pech Artura Rojka świadczy o sile imprezy, jaką organizuje – odwołane koncerty zostały przyjęte przez publiczność z dużym zrozumieniem i bez pretensji. Te ostatnie miały raczej osoby, które na festiwal przyjechały dla pojedynczych artystów, a nie całości doświadczenia i starały się dochodzić swoich praw w kwestii zwrotu kosztów.

Pomijając rozczarowanie związane z odwołanymi koncertami, imprezom pod kątem muzycznym nie można wiele zarzucić. Open’er tradycyjnie zaserwował line-up porównywalny z większością dużych europejskich imprez (zabrakło właściwie tylko Radiohead), a zaproszeni artyści właściwie nie zawiedli - szczególnie pamiętne widowisko zaserwowała grupa M83, która - moim zdaniem - dała prawdopodobnie najlepszy koncert festiwalu. Lekkim rozczarowaniem mógł być mdły i zaśpiewany z półplaybacku koncert Pharella Williamsa czy występ Kygo, który „na żywo” zagrał właściwie tylko umiarkowanie błyskotliwe przejścia między piosenkami, ilustrowanymi tandetnymi wizualizacjami à la wygaszacz ekranu z Windowsa 95. Niezadowoleni wyjechali też fani The 1975, bo występ grupy przerwało oberwanie chmury tak potężne, że pesymiści wieszczyli całkowitą ewakuację festiwalu.

Orange Warsaw Festival poszedł w konwencję artystów znanych i lubianych, zapraszając muzyków, którzy w ostatnich latach zagrali w naszym kraju dobrze przyjęte koncerty, jako wisienkę na torcie serwując grupę Editors, która pół roku wcześniej odwołała dwa występy w Polsce. I trzeba przyznać, że taka formuła sprawdziła się bardzo dobrze, a publiczność z większości występów wyszła zadowolona.

Od kuchni


Dużym imprezom regularnie zarzuca się, że coraz mniej chodzi w nich o muzykę, a coraz bardziej o otoczkę, chęć pokazania najnowszych ubrań i wrzucenia na Facebooka kilku zdjęć oraz trzęsących się nagrań z koncertu, których nikt nie obejrzy, bo nikogo – wliczając w to samego kręcącego wideo – to nie obchodzi. Nie każdy też przyjeżdża na festiwale wyłącznie dla koncertów. I gdyby oceniać rodzime imprezy pod kątem infrastruktury, dodatkowych atrakcji i atmosfery, okazuje się, że to wcale nie Open’er dzierży palmę pierwszeństwa. Ale po kolei.

Orange Warsaw Festival to impreza specyficzna. Przyjeżdżają na nią głównie mieszkańcy stolicy, brakuje pola namiotowego i po ostatnim koncercie wszyscy rozjeżdżają się do domów, przez co ginie nieco „festiwalowa” atmosfera wspólnoty. Jej namiastkę poczuć można głównie w nocnych autobusach, dzielonych z pijaczkami, którzy po raz kolejny przespali pętlę i ludźmi wracającymi z piątkowych imprez.

W tym roku, pod skrzydłami nowego organizatora, OWF przeszedł mocne przemeblowanie: imprezę skrócono do dwóch dni i przeniesiono... na parking przed torem na Służewcu. Żeby zilustrować, jak radykalna to zmiana, wystarczy powiedzieć, że w 2015 r. cały teren tegorocznej imprezy przeznaczono na podjazd dla VIP-ów. Zaowocowało to imprezą bardzo kameralną, z mocno skondensowanym line-upem i dość przyzwoitą strefą relaksu między występami. Festiwal mógł być rozczarowaniem dla tych, którzy nastawiali się na wielką imprezę, ale z perspektywy czasu tegoroczny OWF obronił się bardzo dobrze.



Open’er też zmniejszył teren imprezy, tyle tylko, że nie poszło to w parze z mniejszą frekwencją. Podczas tegorocznej, rekordowej zresztą, edycji w Gdyni bawiło się 120 tysięcy osób i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że organizatorzy z taką liczbą gości sobie nie poradzili. Wolny czas między koncertami, zamiast do relaksu, sprowadzał się głównie do stania w kolejkach. Jeśli ktoś nie zorientował się, że na terenie może płacić kartą, najpierw odstał minimum godzinę w kolejce po opaski płatnicze, a potem już z całą resztą festiwalowiczów w kolejce po piwo, po nieprzyzwoicie drogie jedzenie, do toi toiów, do kranów z wodą... Zakładając oczywiście, że udało mu się dojechać z Gdyni i wymienić bilet na opaskę – bo byli i tacy, którym ta sztuka zajęła trzy godziny. Czas oczekiwania umilały porozstawianie tu i tam sceny partnerów z wielkomiejskimi „lounge” i „zone” w nazwach, z których nieustającym strumieniem płynęła agresywna muzyka, nie dając uczestnikom ani chwili wytchnienia.

Osobnym problemem są skandaliczne ceny jedzenia, biorące się zapewne z tego, że festiwal jest mocno odizolowany od reszty miasta i jego uczestnicy są w dużej mierze „skazani” na zaopatrywanie się na jego terenie. Niemniej, sytuacja, w której po powrocie do Warszawy ceny jedzenia w modnych śródmiejskich lokalach wydają się właściwie całkiem rozsądne, świadczy jednoznacznie o tym, że wyjeżdżając na Open’era trzeba się liczyć z potężnymi wydatkami.

Na zdecydowany plus Open’era trzeba jednak zaliczyć zaimprowizowaną w ostatniej chwili strefę kibica, która na ćwierćfinał Polska-Portugalia przyciągnęła prawdziwy tłum. Przed konkursem rzutów karnych, który kilkutysięczna publiczność opłakała gorzkimi łzami i okrasiła soczystym przekleństwem, spod wszystkich scen pod gigantyczny telebim biegły setki osób. Podniosłość momentu odnotowali zresztą nawet grający w tym samym czasie muzycy Red Hot Chili Peppers, intonując na scenie swojskie: „Polska, biało-czerwoni”.

© M. Bugała


Całkowitym przeciwieństwem open’erowego przepychu był OFF. Niewielki, zorganizowany w kameralnej zielonej przestrzeni festiwal między koncertami zaproponował przede wszystkim możliwość… odpoczynku (czego ładnym symbolem było ustawione w strategicznym punkcie łóżko z pościelą). I to właściwie wystarczyło, żeby na Offie szybko poczuć się jak u siebie: spod jednej sceny pod drugą można było dotrzeć w góra pięć minut, telefony działały bez zarzutu, a na malutkiej przestrzeni można było odnaleźć się ze znajomymi bez problemu. Zupełnie inaczej niż na Open’erze – tam, jeśli choć na moment odłączyłeś się od grupy, równie dobrze mogłeś zacząć szukać sobie nowych znajomych, bo większe szanse na odnalezienie swojego oddziału miałbyś w wietnamskiej dżungli niż na lotnisku w Babich Dołach.

Plusem OFF-a jest też bliskość miasta: do ścisłego centrum Katowic można dostać się na piechotę w kwadrans, co ułatwia znalezienie kwatery tym, którym z polem namiotowym nie po drodze, i znalezienie taniego posiłku tym, którzy nie chcą jeść na terenie festiwalu. Nawiasem mówiąc, osobnej pochwały wymaga offowe jedzenie, a w szczególności stanowisko z lokalną śląską kuchnią, gdzie za cenę jednego piwa można było zjeść bigos czy żur z kiełbasą.

Festiwal Artura Rojka trzeba też pochwalić (choć z łyżką dziegciu) za wyeliminowanie jednorazowych plastikowych kubków. Przy zakupie pierwszego piwa każdy wpłacał kaucję w wysokości 7,5 złotego, za którą otrzymywał solidny kubek z praktycznym zaczepem. Efekt? Teren imprezy nie był usłany plastikowym dywanem, którym mogliśmy zobaczyć na innych festiwalach (nawet pomimo zakazu wynoszenia alkoholu poza wyznaczone strefy gastronomiczne). Inną sprawą było to, że kaucję za kubki otrzymywało się w bonach – a te, choć można było wymienić, to tylko dzień po festiwalu, między godz. 9 a 12, a i to przy założeniu, że wciąż miało się na ręce festiwalową opaskę.



Niestety, i na OFF-a dotarła moda na strefy z muzyką klubową: na malutkiej scenie sygnowanej nazwą jednego z partnerów festiwalu w kulminacyjnym momencie imprezy bawiło się może z pięć osób, jednak niestrudzenie serwowano z niej muzykę klubową ze złudną nadzieją, że ktoś da się porwać gorączce sobotniej nocy i postanowi zrezygnować z koncertów.

Jestem już za stary na festiwale, jak żyć?


Nie jest stwierdzeniem specjalnie odkrywczym, że publiczność Open’era i OFF-a to dwie różne publiczności. Pierwszy z festiwali konsekwentnie stawia na młodych uczestników – zarówno pod kątem line-upu, jak i panującej tam atmosfery. Symboliczne było oblegane przez tłumy stoisko z wiankami, w które można było za absurdalnie duże pieniądze zaopatrzyć się przed koncertem Florence & the Machine i dziesiątki tysięcy snapów, nagrywanych telefonami komórkowymi podczas niemal każdego z koncertów. Wspomniana już Florence musiała podczas występu – z niezbyt zresztą imponującym rezultatem – poprosić o to, by choć na jedną piosenkę publiczność skupiła się na muzyce a nie na ekranie telefonu.

Każdego, kto powie, że nagrywanie wątpliwej jakości pamiątek to już norma, a takie uwagi, jak powyższa, to dziadowskie biadolenie, odsyłam do relacji Andrew Andersona z Wielkiej Brytanii, który po wizycie na OFF-ie zastanawiał się, czy do Polski w ogóle dotarła moda na kręcenie telefonami filmików podczas koncertów. Spacerując po Dolinie Trzech Stawów w Katowicach, nie sposób też było nie zauważyć, że wraz z OFF-em dojrzewa jego publiczność – po terenie festiwalu kręciło dużo dzieci, a średnia wieku była wyraźnie wysza od tej na poprzednich dwóch imprezach. Przekłada się to też na nieco bardziej stonowaną atmosferę, mniej ostentacyjnie demonstrowanej dobrej zabawy i dużo lepsze warunki do tego, by spotkać się ze znajomymi, poznać trochę nowej muzyki i – wierzcie lub nie – odpocząć.

Daleko mi do potępienia Open’era za bycie festiwalem dla licealistów czy gloryfikacji OFF-a za jego alternatywność. Obie formuły są potrzebne. Ale jeśli któregoś dnia, stojąc ze zblazowaną miną obok grupy nastolatek robiących sobie selfie na tle dużej sceny, zaczniesz zadawać sobie egzystencjalne pytania i pomyślisz, że może jesteś już za stary na to, żeby dobrze bawić się na festiwalu – daj szansę OFF-owi.

Marcin Śpiewakowski, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

rudzianka (gość)

Pani Mariolo w przypadku Adriana Zielińskiego sztangisty jeszcze nie ma wyniku końcowego,w razie nie prawdy też pani na pierwszej stronie będzie przepraszać.